Strach się bać

 

Stary rok się zakończył, a nowy zaczął kilkoma mocniejszymi akcentami.

Osoba urzędująca w Pałacu Prezydenckim (nie uważam się za w pełni kompetentnego by orzec czy jest to pełnoprawny Prezydent RP, czy nie – tęższe ode mnie prawnicze umysły podważają poprawność jego wyboru) wetuje ustawę wprowadzającą reformę edukacji nie mając pojęcia co w niej jest. Obowiązująca w Polsce filozofia prawa zakłada, że osoby pełniące określone stanowiska mają do tego legalny mandat – o ile nie zostanie udowodnione coś innego – a zatem wspomniany wcześniej lokator Pałacu Prezydenckiego ma prawo korzystać z prerogatyw przysługujących Prezydentowi RP – w tym z możliwości wetowania ustaw, które trafiają do jego biura z kancelarii Sejmu. I ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jeden człowiek nie jest w stanie przeczytać wszystkiego, co do niego trafia. Ale dlatego jest coś takiego jak Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zatrudniająca ludzi, których zadaniem jest czytać otrzymane dokumenty i przygotowywać – na polecenie szefa, czyli Prezydenta RP – odpowiedzi na nie. W tym również uzasadnienia do prezydenckiego weta dla takiej czy innej ustawy. Czy naprawdę zbyt wysokim wymaganiem jest oczekiwanie, że osoba przygotowująca uzasadnienie weta do ustawy przeczyta ją w takiej postaci, w jakiej trafiła ona do Pałacu Prezydenckiego, a nie będzie się posługiwał brykiem złożonym z komentarzy na mediach społecznościowych dotyczących jej wersji sprzed kilku miesięcy, zanim nawet trafiła ona do Parlamentu? Żeby nie było – nie jestem obrońcą „Kompasu jutra” zmajstrowanego przez IBE pod dyktando kierownictwa MEN, ale od wysoko opłacanego z moich podatków urzędnika i niewiele gorzej (a na pewno znacznie lepiej niż ja) opłacanego otaczającego go sztabu mam prawo oczekiwać wykonywania swoich obowiązków porządnie. Aż chciałoby się użyć memicznego: „you had one job...”

W zaprzyjaźnionych (?) Stanach Zjednoczonych urzędujący prezydent – a w tym przypadku nie ma absolutnie żadnych wątpliwości co do legalności jego wyboru (można zastanawiać się nad logiką przyświecającą jego wyborcom, ale serio my – Polacy – powinniśmy się czepiać?) – dokonuje agresji na inne państwo i porywa urzędującego prezydenta tego państwa wraz z małżonką prosto z łóżka. Fakt, nie pierwszy to raz, gdy Stany Zjednoczone postępują w ten sposób (wcześniej podobny los spotkał przywódcę Panamy, Manuela Noriegę). Oczywiście można zastanawiać się nad legalnością – a właściwie raczej nielegalnością – takich działań na arenie międzynarodowej, szczególnie gdy od kilku lat w innym rejonie świata trwa wojna zapoczątkowana taką właśnie „specjalną operacją wojskową”. Szczęściem, Amerykanie wprawieni i szybko skończyli jak można by powiedzieć parafrazując klasyka. No ale niesmak pozostał. Co natomiast najbardziej w tej całej sytuacji jest porażające to to, że porwany przez Amerykanów Maduro – komunizujący dyktator, który zdobył władzę fałszując wybory i porywając przeciwników politycznych – raptem stał się kryształowo uczciwym politykiem, któremu przyświecało jedynie dobro Wenezueli i jej mieszkańców... Niektórzy jakoś nie zrozumieli, że wróg naszego wroga nie zawsze jest naszym przyjacielem...

Podczas lekcji angielskiego w jednej z kaszubskich szkół nauczycielka odebrała uczniom przedmiot, którym bawili się na lekcji i wyrzuciła go do śmietnika. Abstrahując od kształtu owego przedmiotu, nauczyciel nie ma prawa wyrzucić do śmieci niczego, co należy do uczniów. Jeśli przeszkadzają – może zabrać zabawkę, odłożyć ją na biurko i oddać po lekcji – a jeśli przedmiot należy do kategorii takich, których uczeń nie powinien mieć przy sobie – jego rodzicom. I nie ma znaczenia czy jest to krzyż z przebrania na halloween, czy cokolwiek innego. Jest to naruszenie prawa własności i tyle. I za to rzeczona nauczycielka powinna ponieść konsekwencje dyscyplinarne w postaci ustnego upomnienia dyrektora szkoły. Nie więcej. Problemem jest natomiast kształt owego przedmiotu. Nauczycielka wyrzuciła do śmietnika KRZYŻ! Nauczycielka obraża religię i wiernych. Na stos z czarownicą! Zaczęło się drugie ćwierćwiecze XXI stulecia, a w polskim prawie wciąż pokutuje kara za tzw. „obrazę uczuć religijnych” (a jeśli można obrazić uczucia religijne to czemu nie ma kary za obrazę np. „uczuć estetycznych” – można by skazywać na nią twórców takich publicznie eksponowanych kiczów, jak stojące obok Pałacu Kultury i Nauki „pudełko po butach” szumnie nazywane Muzeum Sztuki Nowoczesnej). Religia to prywatna sprawa każdego człowieka. A sprawy prywatne powinny pozostawać w przestrzeni prywatnej, nie publicznej. Wierz sobie w co chcesz – ale w czterech ścianach swojego domu. Do instytucji publicznych religia nie powinna mieć wstępu. Podobnie jak do prawa (np. w postaci zakazu handlu w niedziele). Miejsce krzyża jest zatem w domu wierzącego, w kościele, na grobie wierzącego zmarłego... Ale w publicznej szkole, publicznym urzędzie czy jakiejkolwiek innej publicznej przestrzeni nie ma dla niego miejsca. Podobnie jak dla rozmaitych religijnych rytuałów (żadnego święcenia dróg czy remiz, żadnych procesji itp.). I z tej perspektywy kłopotów nie powinna mieć nauczycielka, która wyrzuciła zabawkowy krzyż do śmietnika, ale osoby, które uznały zabawkę za symbol religijny i jej teraz bronią.

 Rodzice piszą wiadomości do nauczycieli korzystając w tym celu z pomocy AI. Nie, to nie żart. W dodatku – kopiując wiadomość wygenerowaną przez ChatGPT – zapominają usunąć technicznego pytania, które narzędzie kieruje do użytkownika: „Jeśli chcesz wersję mniej formalną albo skierowaną do konkretnego nauczyciela (np. wychowawcy), mogę ją dopasować.”

Skończyła się dopiero pierwsza dekada 2026 roku... Co będzie dalej? Strach się bać...

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Instytut Burzenia Edukacji

Ad vocem

Wolnoć Tomku